Nagrodzone opowiadanie o Antoninie Tatar autorstwa Weroniki Chowaniec - Lejczyk  uczennicy                                                                klasy VI A z Zespołu Szkół w Poroninie. 

Z Antoniną w górach - legenda

Rano o świcie zebraliśmy się przed kościołem w Poroninie, aby ruszyć na pielgrzymkę do Morskiego Oka ku krzyżowi nad Czarnym Stawem. Byli tam ludzie z Suchego i z Poronina. Ruszyliśmy, po drodze śpiewaliśmy pieśni, takie: jak „Ciebie Boga Wysławiamy”. Gdy już doszliśmy do Bukowiny, zrobiliśmy postój. Następny był na Polanie Palenicy.

Weszliśmy na drogę do Morskiego Oka. Szliśmy sobie spokojnie śpiewając: „Kiedyś, o Jezu chodził po świecie”. Nagle usłyszałam krzyki dobiegające z przodu. Ludzie krzyczeli coś w strachu. Ciekawa byłam co się dzieje. Przecisnęłam się do przodu i zobaczyłam, że dziki wyszły z lasu i nie chciały nas przepuścić dalej. Jeden z nich, największy, pewnie przywódca, stał na środku drogi, pokazywał wielkie białe kły, nastroszył sierść i w tym samym momencie zobaczyłam, że Antonina Tatar przeżegnała się, stojąc z nim oko w oko. Ludzie krzyczeli, żeby uciekała, ale ich nie słuchała. Na naszych oczach przyszedł jej z pomocą św. Hubert – patron myśliwych - oślepił dziki blaskiem a one uciekły. Wszyscy krzyczeli z radości: „Cud, cud!” Nic się nikomu nie stało, ruszyliśmy w dalszą drogę.

Doszliśmy do schroniska przy Morskim Oku. Dzieci poszły zamoczyć sobie nogi nad jeziorem, zjedliśmy śniadanie po czym ruszyliśmy w dalszą drogę. Nagle z wody wyłonił się wielki smok. Miał srebrzyste łuski i wielkie pazury, okropny wzrok i zęby. Stanął nam na drodze i rzekł:

- Ani kroku dalej! Zaraz was pożrę!

Już wtedy wszyscy wiedzieliśmy, że piekielne, złe moce chcą nam przeszkodzić w pielgrzymce. Nawet proboszcz ksiądz Krupiński nie miał siły z nimi walczyć. W tej samej chwili Antonina Tatar podniosła do góry różaniec. Z błyskiem promieni słońca pojawił się wówczas św. Jerzy, w rycerskiej zbroi, wziął Antoninę na swojego konia. Razem zaatakowali bestię. Św. Jerzy rzucił

w smoka włócznią, a ten jakby się rozpłynął w porannej mgle. Byliśmy pewni, że uciekł w głębiny jeziora. Wszyscy nabrali przekonania, że z Antoniny to nie tylko dobra kobieta, lecz również szlachetna i święta, można z nią iść bezpiecznie nie tylko w góry, ale można wędrować przez całe życie. Wszyscy podeszli do Antoniny i podrzucali ją do góry z radości. Po przeżytych zdarzeniach byliśmy wycieńczeni, ale zebraliśmy siły i ruszyliśmy, pnąc się stromo w górę. Ścieżka wiła się wśród limb i kosodrzewin prowadzącą nad Czarny Staw. Wędrowaliśmy sobie spokojnie, aż tu nagle wyskoczył z iglastych krzaków na szlak ogromny brązowy niedźwiedź, z wielkimi zębami i pazurami. Tocząc pianę warczał na nas:

- Teraz nastąpi koniec waszej drogi!

Antonina bała się niedźwiedzi, lecz trwała w swej wierze i zaczęła modlić się na głos. Wtem nad jej głową pojawił się św. Michał Archanioł, który dał jej do rąk ognisty miecz. Niedźwiedź nie czekał, aż Antonina zrobi z niego użytek. Zwiewał w podskokach, aż trzeszczał limbowy las. Pielgrzymka, szczęśliwa, że wszystko dobrze się skończyło ruszyła, dalej w drogę. Chwilę później staliśmy nad brzegiem Czarnego Stawu u stóp krzyża odlanego
z tatrzańskiego żelaza, który został ufundowany przez pierwszego proboszcza
z Poronina, ks. Więcławskiego. Proboszcz Krupiński odprawił w tym miejscu Mszę Świętą. Z mgły wyłoniła się Matka Boska od Szczęśliwych Powrotów
i powiedziała:

- Moi mili udzielam wam błogosławieństwa, możecie spokojnie wracać do domu.

Po chwili zniknęła. Wszyscy uklękli i zaczęli śpiewać „Ave Maria”. Po Mszy Świętej zeszliśmy z gór i powrócili do swych domów w Poroninie
i Suchem, tak szczęśliwi i silni w wiarą, jak nigdy dotąd. Żaden z nas nie dotrwałby do końca, gdyby nie Antonina Tatarówna.

Weronika Chowaniec - Lejczyk

Kl. VI A

Szkoła im. Legionów Polskich w Poroninie

Opiekun: mgr Maria Śliwińska